25 lutego 2026

     Postanowiłem sformułować kilka uwag związanych z książką Rossoliń-skiego-Liebe „Polnische Bürgermeister und der Holocaust: Besatzung, Verwaltung und Kollaboration”. Z dwóch powodów nie dotyczą zasadniczej jej treści, tylko spraw terminologicznych. Pierwszy ma charakter ściśle merytoryczny; wprawdzie moje zainteresowania przesunęły się w stronę II wojny światowej, ale nie uważam, żebym tę problematykę dogłębnie poznał, a tym bardziej zagadnienia polsko-żydowskie i źródła, do których sięga Rossoliński-Liebe. Po drugie, coraz bardziej skłaniam się do zasady, że monografia powinna obejmować najważniejsze ustalenia a pomniejsze winny być publikowane w artykułach, oraz (to kierunek anglosaskich wydawnictw) że książka powinna być strawna dla większego grona czytelników niż niewielki krąg wybitnych znawców zagadnienia. Rzecz jasna od każdej reguły są wyjątki, ale w tym wypadku około 1.5 tys. stron to zbyt wiele czasu do zainwestowania. Zainteresował mnie jednak sposób opisu i używane terminy.

     Forma dyskusji o książce i reakcje autora budziła już pewien czas temu moje wątpliwości. Pojawiła się krytyczna recenzja autorstwa pracownika IPN, nie wiem na ile celna w ocenach, ale zawierająca ciężki zarzut manipulacji źródłami, czyli powoływania się na treści, których w nich nie ma. Oczekiwałem jasnej odpowiedzi i jeżeli zarzut jest niesłuszny, to pokazania na kilku przykładach fałszywości oskarżeń. Niekoniecznie na łamach pism IPN, są też inne możliwości. Milczenie autora w takiej sytuacji brzmi jak przyznanie się do winy. Chyba, że akceptujemy zasadę wybierania, kto jest godny z nami dyskutować i prowadzimy dyskusję jedynie w bańce znajomych, mających podobne poglądy i formułujących podobne oceny. Mimo to nie wiem, czy książka jest dobra, przeciętna czy zła i czekam na oceny innych.
     Moje zainteresowanie skupiło się dlatego na wstępie do książki, który miał mi pokazać koncepcję autora. Jego początek nie jest zachęcający, przytaczane za wspomnieniami Kulskiego antysemickie wypowiedzi przypadkowych Polaków sprawiają wrażenie, że książka pisana jest pod tezę, nie jako szukanie odpowiedzi na pytania badawcze i weryfikowanie hipotez. Może to ocena błędna, ale takie wrażenie powstaje. Ponadto pracując obecnie nad tekstem i zapewne książką o volksliście w Wielkopolsce przyjmowałem, że powinienem niuansować postawy, zachowania i ich motywy. Idąc za wzorem z wstępu Rossolińskiego powinienem rozpocząć od sceny przedstawiającej niemieckich cywilów obserwujących prowadzonych na egzekucję Polaków i cieszących się, że problem „Polaczków” będzie rozwiązany.
     Niewątpliwie urząd burmistrza w GG jest ciekawą podstawą analizy, jako najwyższy w niemieckiej okupacyjnej administracji dostępny dla Polaków (s. 30). Tu pełna zgoda. Chociaż przypisanie ich do „najważniejszej” grupy urzędników jest już dość swobodną interpretacją. W kolejnym kroku autor uznaje (s. 32), że odgrywali „centralną rolę” w polityce komunalnej. Ma natomiast rację, gdy podkreśla ich wynikającą z pełnionej funkcji ponadprzeciętną orientację w niemieckiej polityce okupacyjnej.
     „Krakowski rząd” jest wystarczająco śmiesznym pojęciem, żeby się nim nie zajmować i nie pastwić nad nim, rozważając czy chodzi o Piastów czy o Przemyślidów. Rossoliński nie przedstawia mocnych argumentów przemawiających za niemówieniem o „niemieckich władzach” i „niemieckiej administracji”. Ma rację (s. 37), że niekiedy polscy albo żydowscy urzędnicy/funkcjonariusze mogli powoływać się na „niemieckie” polecania, aby wymusić realizację swoich decyzji, ale jest to zupełnie inne zagadnienie. Termin „władze niemieckie” określa interesy jakiego państwa dana struktura lub instytucja realizowała, a nie jej skład etniczny. Jeżeli odwołamy się do składu etnicznego albo narodowościowego to musimy także uznać, że Waffen-SS nie była niemiecką formacją, ponieważ służyło w niej coś około 410 tys. obywateli Rzeszy, 300 tys. volksdeutschy, 150 tys. „Fremdvölkische“ i 50 tys. „germanische“ żołnierzy. A Legia Cudzoziemska nie ma nic wspólnego z Francją.
     Znając zarówno szersze spory o termin kolaboracja jak i o jego używanie przez Rossolińskiego ze szczególną ciekawością szukałem jego wyjaśnień w tym zakresie. Tutaj musiałem stwierdzić, że krytycy mają pełną rację. Rossoliński używa terminu kolaboracji politycznej w znaczeniu współpracy z okupantem, która szkodziła polskiej lub żydowskiej ludności. Jacek Młynarczyk już przed laty dostrzegając konieczność pełnienia pewnych funkcji dla podtrzymania życia publicznego, stwierdził za Friedrichem: „pojęciem „kolaboracji” będzie określana współpraca z władzą okupacyjną, która wyraźnie godzi w interesy podbitej ludności lub podbitego państwa, a zatem takie zachowanie, „które stawia kolaboranta w szczególnej, w oczach wielu ziomków karalnej, bliskości okupanta”. „Wyraźnie godzi”, było bowiem jasne, że wymuszona okolicznościami współpraca z okupantem oznacza także konieczność podejmowania działań sprzecznych z interesami okupowanych (np. kontyngenty), stąd te doprecyzowanie „wyraźnie godzi”, bo całkiem takich działań uniknąć było nie sposób. U Rossolińskiego termin współpraca, zostaje dalej zamienione na poparcie (Unterstützung).
      Ma Rossoliński rację, że błędny jest termin kooperacja (Kooperation), sugerujący dobrowolną współpracę równorzędnych partnerów. Niezrozumiałe jest natomiast wyprowadzenie z tego wniosku, że nie ma różnicy między nieszkodliwą kooperacją i szkodliwą kolaboracją (s. 40). Prościej byłoby, gdyby po prostu użył terminu „wymuszona współpraca” i brak równorzędności stron byłby od razu widoczny. Mógłby też wyjaśnić, czym kooperacja różni się według niego od współpracy. Zamiast tego rozmył pojęcia, chociaż ma rację, że warto wskazywać za Primo Levi na szarą strefę między kolaboracją a codziennymi relacjami (s. 40). Przywołuje Yehudę Bauera – kolaboracja oznacza identyfikację z ideologicznymi celami okupanta (s. 41), co w przypisie ogranicza do planów antysemickich. Tym samym identyfikacja może być także tylko częściowa. Ostatecznie postanowił używać terminów Kooperation (kooperacja), Zusammenarbeit (współpraca) i Kollaboration (kolaboracja) jako synonimy, co określił-bym jako terminologiczny „bajzel”.
     Zgodzić można się jego podziałem na christliche i jüdische Polen, czyli Polaków chrześcijańskich (co obejmuje także osoby pochodzenia żydowskiego) i żydowskich (s. 42), nawet jeśli nie wiem co z robić z polskimi komunistami o żydowskich korzeniach. Dobrym pomysłem jest cofanie się w przedwojenne relacje polsko-żydowskie na danym obszarze, aby zrozumieć je w okresie wojny. Wydaje się jednak, że gdy Rossoliński przywołuje koncepcje mające wyjaśnić funkcjonowanie władzy i społeczeństwa (Weber, Lüdtke, s. 49) to traktuje GG jak klasyczną strukturę społeczno-polityczną, a przywoływana przez niego codzienność oznacza, delikatnie mówiąc, co innego w państwach i społeczeństwach suwerennych oraz okupowanych. Granica oddzielająca rządzonych i rządzących jest nieporównywalna.
      Nie bardzo jest zrozumiałe, jak Rossoliński rozumie termin „etniczny”. Pisząc o składzie władz administracyjnych GG określa go jako etniczny, a nie narodowościowy. Stwierdza, że naród polski definiowany był w II RP etnicznie (s. 47). Jeżeli przyjąć socjologiczną definicję etniczności, w której zawarta jest także kultura to nie mam zastrzeżeń. “Do wyznaczników etniczności zalicza się: 1) zespół czynników subiektywnej autoidentyfkacji etnicznej, wynikający ze świadomości faktycznego lub domniemanego wspólnego pochodzenia i związany m.in.: z tradycją, symboliką, wiedzą historyczną, afirmatywnymi postawami względem wartości identyfikowanych jako etnicznie „własne”; 2) międzypokoleniowy zespół cech osobowości zbiorowej, będący rezultatem oddziaływania i kultywowania tradycji i enkulturacji; 3) zespół zachowań etnicznych będący najbardziej widocznym, zewnętrznym przejawem etniczności”.1 Przyznaję jednak, że u Rossolińskiego termin ten pobrzmiewa zawężeniem do pochodzenia, wręcz volkistowsko i wtedy jego sformułowanie jest dużym uproszczeniem. Jak dalece udało mu się zejść na poziom mikrohistorii nie jestem w stanie ocenić i z ciekawością poczekam na wnioski lepiej tę tematykę znających.
      Nie wiem, czy konieczne jest sięganie do mądrego słowa ageny, ale niewątpliwie analiza, w jakim zakresie burmistrzowie mieli możliwość wpływania na podejmowane decyzje niezależnie od zewnętrznych uwarunkowań musi mieć kluczowe znaczenie w każdej takiej analizie jak ta Rossolińskiego (s. 52). Drażniące są jego uogólnienia, jak to o włączeniu społeczeństwa GG (całego? jakiej części?) do realizacji Holocaustu (s. 54). W gruncie rzeczy sam pokazuje, jak wielkim uproszczeniem jest schematyczny podział na sprawców – świadków – ofiary. Natomiast, gdy autorytatywnie stwierdza, że Polaków nie mordowano dlatego, że byli Polakami, tylko jako członków inteligencji i ruchu oporu to wykazuje się brakami wiedzy albo ideologicznymi klapkami na oczach (s. 55).
      Czytając zdanie: „Umgekehrt betrachteten Polen die deutschen Besatzer als ‘Herrenmenschen und fürchteten sich vor ihnen, wobei zwischen einzelnen Deutschen und Polen darunter auch zwischen Bürgermeistern und den deutschen Stadt- und Kreishauptmännern - kollegiale oder sogar freundschaftliche Beziehungen bestanden“2 (s. 55) nie bardzo jestem pewni o co autorowi chodzi. Po krótkim ochłonięciu uświadomiłem sobie, że to sformułowanie wzorcowo odpowiada konstrukcji wspomnień niemieckich urzędników w tzw. Kraju Warty, których ostatnio trochę czytałem. Rossoliński myśli podobnymi jak oni schematami. Jeżeli nie ma przeciwieństwa między okupowanymi i okupującymi, oporem i kolaboracją to przytoczone powyżej zdanie jest oczywiste. Nie chodzi przy tym o to, żeby nie dostrzegać wspominanych „szarych stref”, dynamiki zmian (np. przechodzenia kolaboracji w opór, czy też pewnych pól styku między okupowanymi i okupującymi), to chyba oczywiste. Jednak dla Rossolińskiego nie ma niemieckich sprawców, jest tylko heterogeniczna masa sprawców różnej narodowości.
         Wszystko to Rossoliński podaje w oprawie podziwu dla swojej odwagi przełamywania narodowych ograniczeń w myśleniu historyków. Ale to już wiemy, że on tak ma.

 

1 Definicja według encyklopedii  PWN,  https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/etnicznosc;3898887.html, dostęp 12.09.2022 r.
2 „Z drugiej strony Polacy postrzegali niemieckich okupantów jako „rasę panów” i bali się ich, chociaż między poszczególnymi Niemcami i Polakami, w tym między burmistrzami a niemieckimi starostami miejskimi i powiatowymi, istniały koleżeńskie, a nawet przyjacielskie relacje”.

 

„Polnische Bürgermeister und der Holocaust"