Dlaczego powinniśmy dyskutować o niemieckich odszkodowaniach i reparacjach

Kilka dni temu odbyła się zorganizowana przez Instytut Zachodni konferencja „Sprawa odszkodowań za II Wojnę Światową i stosunki polsko-niemieckie”. Miałem przyjemność brać w niej udział, nie jako specjalista od spraw odszkodowań i reparacji (bo nim nie jestem), ale zastanawiając się nad ich szerszymi uwarunkowaniami i nad ich wpływem na stosunki polsko-niemieckie. Jak ma się narracja o pojednaniu do narracji o marginalizowaniu przez zręczną politykę RFN (w tym tak szanowanego w Polsce kanclerza H. Kohla) polskich starań o zadośćuczynienie za wojenne zniszczenia i cierpienia.

Z tytułu konferencji wynika już dość jasno, że reparacje nie odgrywały w dyskusji większej roli, dominowało przekonanie, że szanse na ich uzyskanie są faktycznie żadne. Podobnie niewielkie szanse ma droga prawna, indywidualne skargi o odszkodowanie składane przeciwko państwu niemieckiemu, chociaż byli na sali także ich zwolennicy, w tym mecenas Stefan Hambura, który następnego dnia taką sprawę w obecności mediów złożył do Sądu Okręgowego w Warszawie: pozew Adama Kowalewskiego, syna więźnia obozu koncentracyjnego Auschwitz. Jednakże dr Lutz Klinkhammer, referujący o sporze włosko-niemieckim pokazał jednoznacznie, że po przejściu przez krajowe instancje sądowe sprawy znajdowały się w ślepej uliczce, bo nie istniała możliwość wyegzekwowania od państwa niemieckiego wygranych pozwów.

Pozostają dwie drogi, polityczno-dyplomatyczna i przez media / zachodnią opinię publiczną. Obie są trudne. Pierwsza z nich do sukcesu nie doprowadzi raczej, bo polityka niemiecka jest od dziesięcioleci ogromnie konsekwentna w tym obszarze i to nie tylko w odniesieniu do Polski. Tu do pomyślenia byłaby jedynie jakieś świadczenia dla stosunkowo niewielkiej (podczas konferencji była mowa o szacunkowo 40-50 tys.) grupy bezpośrednich ofiar niemieckich represji. Druga droga jest do pomyślenia, ale nie w obecnej międzynarodowej atmosferze wokół Polski, bo aby wywrzeć taki nacisk przez media trzeba mieć dobry międzynarodowy wizerunek, „dobrą prasę” i dotarcie do różnych środowisk, które będą lobbować na naszą rzecz.

 

Czy oznacza to, że sprawą nie warto się zajmować? Taki wniosek byłby błędny. Sądzę, że reparacje i odszkodowania mogą być bardzo ważnym narzędziem polskiej polityki, pod warunkiem, że zostaną wyjęte z rozgrywek wewnątrzpolitycznych. Niemcy zdołały wykreować na arenie międzynarodowej swój obraz, jako kraju, który dokonał wzorcowego rozliczenia z okresem narodowego socjalizmu. Obraz tak skuteczny, że międzynarodowa opinia publiczna nie dostrzegała nawet specjalnie, jak traktowane były rodziny zamordowanych przeciwników narodowego socjalizmu1/, oraz akceptowała bardzo późne (zasadniczo po śmierci sprawców) rozliczenia z uwikłaniem w totalitarną ideologię służb dyplomatycznych, sądownictwa, policji, medycyny, itd. Większe wrażenie robił Tom Cruse w filmie o zamachu na Hitlera „Walkiria”. Udało się nawet włączyć niemiecką ludność cywilną do międzynarodowej narracji o ofiarach wojen.

Polska pozostawała w tym obszarze wykorzystania na arenie międzynarodowej historii jako soft power dość bierna. Większość partii miała o polityce historycznej jak najgorsze mniemanie, jako o prymitywnej manipulacji. Dominująca do 2015 roku na scenie politycznej Platforma Obywatelska roli historii zupełnie nie rozumiała. Wynikiem było spychanie Polski do głębokiej defensywy, w której wyjaśniała, jakich zbrodni nie popełniła. Czy nie służyłoby wzmocnieniu polskiej pozycji umiejętne pokazanie, jak bezwzględna i niehumanitarna była polityka niemiecka (bo „antynazistowska” NRD też) w tym obszarze i jak wielkim wysiłkiem było odbudowanie kraju własnym wysiłkiem po wojennych zniszczeniach? To byłoby wyzwanie dla Polskiej Fundacji Narodowej, na przykład w formie ogłoszenia w dobrej gazecie 1 września kolejnego roku, zestawiającego wysokość odszkodowania dla polskiego więźnia niemieckiego narodowosocjalistycznego obozu koncentracyjnego na przykład z wynagrodzeniem i emeryturą sędziego Manfreda Roedera.

Potrzebne jest tylko jedne zastrzeżenie. Takie „ogłoszenie” powinno się ukazać w prasie zachodniej, nie może w prasie polskiej. W pierwszym przypadku będzie zręcznym wykorzystaniem soft power dla wywarcia nacisku na Niemcy i polepszenia międzynarodowego wizerunku Polski. W drugim przypadku, będzie jedynie prymitywnym graniem nacjonalizmem w polityce wewnętrznej, które wizerunek Polski pociągnie na dno.

 

1/ Sebastian Fikus, Trudny spadek dysydentów III Rzeszy w Republice Federalnej Niemiec, Warszawa 2013.

 

11 września 2018