Spóźnione uwagi do Plebiscytu dla samobójców Klausa Bachmanna

Z opóźnieniem, trochę usprawiedliwionym letnimi miesiącami, przeczytałem tekst Klausa Bachmanna https://www.tygodnikpowszechny.pl/plebiscyt-dla-samobojcow-153724#comment-26243, co wydaje się jednak nie mieć większego znaczenia, bo tekst ten wzorcowo ukazuje korzenie kryzysu, jaki przeżywa i jeszcze przeżywać będzie świat zachodni i Unia Europejska.

 

Z początkiem wywodu Bachmanna nie sposób się nie zgodzić, bo trudno byłoby negować wskazywane przez niego niebezpieczeństwa manipulacji nastrojami podczas referendum. One rzecz jasna istniały, istnieją i będą istnieć. Pytanie tylko, czy są ważniejsze od argumentów za rozbudowywaniem narzędzi demokracji bezpośredniej. Zaskakuje też demagogiczność niektórych sformułowań w tekście: „Referendum nie polega na tym, że naród decyduje (większość i tak zazwyczaj nie idzie głosować), lecz na tym, że w najbardziej dla siebie korzystnym momencie rządzący zadają narodowi pytania, które uważają za słuszne.” Po pierwsze, jeżeli znaczenie ma to, że większość nie uczestniczy, to należy także zlikwidować w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego (frekwencja poniżej 30%), samorządowe (frekwencja zazwyczaj około 45%), oraz zastanowić się nad parlamentarnymi (w większości frekwencja też poniżej 50%). Albo zrezygnować z taniej demagogii w tekstach w poważnych tygodnikach. Po drugie, Bachamnn sugeruje, że to jedynie rządzący mają prawo ogłaszać referendum. A przecież dobre regulacje mogą prawo takie przyznać także obywatelom. Czyli w powyższym zdaniu jedno twierdzenie prawdziwe (niebezpieczeństwo manipulowania nastrojami przez rządzących) połączone jest z dwoma nieprawdziwymi.

 

Równie ciekawe (i demagogiczne) jest przypisywanie innym skutków swoich działań. To nie Horst Seehofer był tym, który zaczął zmuszać inne państwa do zmiany ich polityki. Była to kanclerz Angela Merkel, która w 2015 r. podjęła decyzję, mającą konsekwencje dla innych państw unijnych, będącą próbą „zmuszenie innych państw do zmiany swojej polityki”. A do tego jeszcze demagogiczne zdziwienie Bachmanna, że wraz z napływem migrantów nie skończyły się napięcia (reakcje opinii publicznej) z nimi związane. Demagogiczne – bo Bachmann jest wystarczająco dobrym politologiem, żeby wiedzieć, że napływ migrantów to dopiero początek długiego (i pełnego napięć) procesu.

 

Zaskakuje stosunek Bachmanna do prawa, które oczywiście jest ważne, jest podstawą demokracji, jego przestrzeganie jest wyznacznikiem przynależności do zachodniej wspólnoty, itd. Ale jeżeli jego łamanie dotyczy jedynie kilku tysięcy imigrantów to nie bądźmy drobiazgowi z tym prawem, bo to i tak „nie rzutuje ani na globalne trendy imigracyjne, ani na politykę integracyjną Niemiec”. A poza tym i tak nie da się go wyegzekwować. Jest to ten sposób myślenia, który był siłą napędową nie tylko radykalnych demonstracji w Chemnitz, ale (co ważniejsze) szerszego poparcia dla nich. Bachmann mówi podobnie jak kanclerz Merkel w 2015 roku: nie będziemy kontrolować napływu migrantów, bo i tak nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Potem wystarczy taki impuls, jak zabójstwo dokonane przez imigranta, żeby szeroką akceptację zyskało hasło, że musimy sami zadbać o nasze bezpieczeństwo, wyjść na ulice, wygonić „obcych”. Akceptację napędzaną przyznaniem państwa (i elit), że nie jest w stanie wypełniać swoich funkcji.

 

Ta elitarna nonszalancja widoczna jest także w dalszej części tekstu. Autor nie tylko powie, kiedy prawa należy przestrzegać, a kiedy można z tego zrezygnować, ale także wyjaśni obywatelom (w tym przypadku niemieckim), które ich obawy są realne, a które nie. I mają to przyjąć do wiadomości. Chyba, że wyjdą na ulice, jak w Chemnitz, a wtedy Klaus Bachmann się zdziwi i oburzy, wołając chyba o jakąś monarchię oświeconą, która uniemożliwi oparte o przesądy „zbiorowe decyzje przynoszące im szkody”. Oraz proponując kontynuację integracji europejskiej przez elity, przy wyłączeniu z niej dużej części społeczeństwa, skoro wystarczy „ciche przyzwolenie”. Ten model integracji był zresztą na pewnym etapie konieczny i skuteczny, ale narastające dyskusje o braku demokratycznej legitymacji unijnych instytucji i działań pokazują, że skończył się on. Czas pomyśleć o poszerzeniu społecznego poparcia dla unijnej integracji, a nie marzyć, aby było tak jak kiedyś.

 

03 września 2018