Wybory prezydenckie? Czy to naprawdę byłyby wybory?

Denerwująca jest forma dyskusji o wyborach prezydenckich, ale nie z tego powodu, o którym wszyscy chyba myślą. Jedyna rozsądna decyzja to według mnie ich przesunięcie, chociaż nie jestem zwolennikiem ani PO, ani tej dziwnej kandydatki, w której nie przebiły się geny pradziadków. Wszyscy jednak koncentrują się na debatowaniu, czy da się wybory bezpiecznie przeprowadzić, czy nie da. Gdy jeszcze prowadziłem zajęcia dla studentów zahaczające o tę problematykę, to próbowałem wyjaśnić im (ze względu na poziom polskiej szkoły nie było to łatwe), że to co co nazywają wyborami, to tylko ich ostatni techniczny etap - wrzucenie kartki do urny.

 

Bo główną częścią wyborów jest rywalizacja programów i osobowości kandydatów. Przekonywanie przez nich wyborców, że ich propozycje są najlepsze, no i że oni gwarantują ich realizację. Tego nie ma i w najbliższych miesiącach nie będzie. I to dlatego wybory nie mogą się odbyć w żadnej formie, ani korespondencyjnej, ani na skypie, ani przy piwie. W żadnej, bo nie będą to demokratyczne wybory, skoro oddania głosu nie poprzedziło zdobywanie poparcia wyborców, przekonywanie ich (nawet demagogiczne), zniechęcanie do kontrkandydatów i ich programów (nawet niesympatyczne, lub obrzydliwe).

 

To jak będziemy oddawać głosy trzeba dobrze uregulować, bo widać, że państwo nie jest przygotowane na wyjątkowe sytuacje, ale w gruncie rzeczy ma to drugorzędne znaczenie. 

 

03 kwietnia 2020